<"
Notki
z pewną rezygnacją @ 2011-09-18 20:40

Mój blog chyba umarł śmiercią naturalną.
Nie chce mi się go kontynuować, bo chyba z niego wyrosłam.
Albo po prostu wszyscy ludzie, na których mi tutaj zależało już sobie poszli.

Czasami tylko żałuję, że nie będę mogła już zajrzeć za jakiś czas do swoich zapisków i prześledzić drogi rozwoju moich myśli, postaw, uczuć.
Sontrolować czy aby nie kręcę się w kółko.
Inna sprawa, że ożywianie tego bloga to już trochę jak reanimacja zwłok.
Albo grzebanie w śmieciach.
Po prostu czas może na coś nowego.
Może założę autentycznego bloga pod wlasnym imieniem i nazwiskiem, w którym będę mogła pisać o rzeczach, które rzeczywiście mnie interesują, którymi się zajmuję na codzień. Ale nie będę tam już wspominać o prywatnych sprawach, przyjaźniach, miłościach, lękach i kolejnych porażkach. Może dzięki temu łatwiej mi będzie skocentrować się na tych aspektach mojego życia w których coś naprawdę się dzieje i przestanę czuć że moje życie żałośnie obraca się tylko wokół urojonych związków, pseudoprzyjaźni i kolejnych rzutów depresji.

A w tych kwestiach nic nowego.
Wyleczyłam się z fantazjowania o Smętnym, a w każdym razie jestem na dobrej drodze by się z niego wyleczyć.
Chyba zacznę się z kimś spotykać. Zobaczymy jaki obrot przybiara sprawy w ten weekend. Nie ekscytuję się tym jakoś szczególnie, chyba realne związki kręcą mnie mniej od urojonych. Na codzień, w tzw realu to ja sie tym facetom musze wydawać prawdziwie zimną realistką. Z resztą może słusznie.
Piękna w ogóle się już nie odzywa, od miesięcy, bo spotkała miłość życia.
Fajnie, że znalazła miłość życia, ale widzę, że jest tak samo durna jak dziesięć lat temu, gdy poznając kolejne miłości życia, rzucała dla nich wszystko, olewała przyjaciół, znajomych, rodzinę i studia i po rozstaniach budziła się raptem z ręką w nocniku.
Nie chce mi się tego komentować. Jej wybór.
Hanka też trochę milczała przez wakacje, ale zachowałyśmy kontakt.
Marzena wprowadziła się do mojego miasta.
A Młoda przyjechała w ten weekend i czułam się z nią tak, jakbyśmy nigdy nie przestały się przyjaźnić.
Zarobiłam też dzięki niej parę groszy, pozując do zdjęć reklamowych. Całkiem przyjemna fucha- wszyscy koło ciebie skaczą, malują, czeszą, przebierają, a ty tylko wdzięczysz się do obiektywu i słuchasz zachwytów nad wspaniałością swoich rysów twarzy, a na koniec oglądasz efekty w postaci nierealistycznie pięknych obrazów siebie samej i jeszcze dostajesz za to szmal.
No cud miód i orzeszki na serce zakompleksionej kobiety.

Jest w tym jednak coś smutnego.

Te tysiące dziecząt myślących, że tak powinno wyglądać życie. Wszyscy koło ciebie skaczą i się zachwycają, a ty dostajesz kasę za to, że przeonująco udajesz, że jesteś piękna.
To takie zwodnicze. Tak piękne, wygodne, pokryte lukrem, że aż budzi niepokój.

Może napiszę o tym więcej innym razem. Może tu. Ale pewnie już w innym miejscu.

Zaczęłam kolejne studia.
Próbuje skończyć poprzednie.
Znaleźć sobie jakieś opłacalne zajęcie.
Utrzymywac ontaty z ludźmi, którzy są tego warci.
Nie szarpać się z życiem za bardzo.
Tyle.
Komentuj [1]


brednie @ 2011-09-01 12:18

Zombiak był i się zmył- bez pożegnania. Choć być może próbował się właśnie pożegnać, tylko ja nie zareagowałam wstarczająco przytomnie na zdanie o zabieraniu rzeczy.
W gruncie rzeczy to przecież wyczułam o co chodzi.
Może celowo uniknęłam możliwości interakcji.
Napawając się własną rzekomą obojętnością.

Z resztą z Zombiakiem zawsze było dziwnie, właśnie pod tym względem, nigdy nie umiałam przy nim trzymać się rzeczywistości, realnie nawiązać z nim kontaktu, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Był dla mnie zawsze bardziej tworem fantazji i jakoś nigdy nie umiałam przekroczyć tej granicy, by spotkać się z nim- rzeczywistym.
Może problem polegał na tym, że nigdy go takim nie poznałam.

Lepiej już nawet jest ze Smętnym, który choć w mojej fantazji prowadzi drugie życie, jest możliwy do spotkania w rzeczywistości. Spotkania z nim są zawsze intensywne i zawsze zaskakuje mnie w nich to, jak bardzo jest inny, w rzeczywistości. Nie tylko przez to, że wyobrażenia na jego temat są błędne, też dlatego, że rzeczywistość jest po prostu jakościowo inna niż fantazje, nieskończenie bardziej złożona, niezależna ode mnie, możliwa do poznania w bardzo ubogim zakresie.
Fascynuje mnie w nim jego nieskończona złożoność, niejasność jego celów i intencji, nieskończoność potencjalnych możliwości potoczenia się każdej z interakcji.
Ogrniczenia są w mojej głowie, w mojej potrzebie poczucia bezpieczeństwa, potrzebie poukładania rzeczywistości i jej zrozumienia.
Spotkania z nim właśnie to mi unaoczniają, że on istnieje realnie i jest cudownie inny, niż wszystko, co o nim myślę.


Boję się ostatnio o siebie.
Oddaliłam się od realności na niebezpieczną odległość. Przestałam wchodzić w interakcję ze światem, coraz trudniej mi się wynurzyć do niego- z siebie-, coraz ciężej przychodzi mi szanowanie jego zasad- bezwzględnej obiektywności, nieodwracalności, realności.
Na codzień tkwię w coraz lepiej i szczelniej umeblowanym świecie swoich wyobrażeń. Podoba mi się ich niezobowiązujący charakter, możliwość przewijania ich wprzód i w tył, wracania do tych samych chwil. Tworzenia setek alternatywnych rozwiązań.

Jednocześnie to zubaża mnie- powoli wyjaławia.

Oczywiście wszystko to nie jest efektem zwykłego świra. Po prostu mam dużo nauki i by się nie rozpraszać zrezygnowałam z większości kontaktów ze światem.
Z tym że przygnębia mnie fakt jak trudno mi jest- powrócić.
Iść i coś załatwić.
Porozmawiać.


Ale zrobię to. Powoli, powoli.

Dziś na dobry początek odwiedzę biuro paszportowe. Bo Fajny zaproponował mi wspólny wypad do dzikiego kraju.
Komentuj [0]


bełkot @ 2011-08-24 03:57

Po co mi religia mam dietę.
Po co mi miłość mam filmy.
Po co mi sukces mam wyobraźnię.
Po co mi przyjaciele mam internet.


Po co mi życie.
Mam depresję.


Traktuję powyższą sklejkę wyrazową bez przesadnej powagi, ale myślę, że na swój sposób oddaje ona to, o czym ostatnio myślę.

Tyle jest kuszących, łatwych rozwiązań. Wszystko jest instant. Gotowe do natychmiasotwego użytku, wyprodukowane niskim kosztem przez chińskie dzieci, przyniesione pod nos.
Nic tylko leżeć i konsumować, wypełniać czas po brzegi tak, by było jak najłatwiej, jak najszybciej, jak najprzyjemniej.

Pewnie przez to strasznie się zrobiliśmy nadwrażliwi na niesprawiedliwości.
Pani w sklepie nie potraktowała nas jak pana i władcę.
Ktoś wymusił pierwszeństwo.
Coś należało nam się i nie dostaliśmy.

I agresja, złość, pretensje, żal.

Nam się należy.
Szczęście, miłość, sukces.
Czekamy, aż przyjdą, oglądając filmy, jedząc czekoladę, pijąc piwo i fantazjując.
I narzekamy.
Że drogo, że pada i że gdzieś tam trawa nieuchronnie bardziej zielona.


Coraz rzadziej stać nas na wysiłek.
By pomyśleć o czymś poza sobą.
By się skoncentrować.
Poćwiczyć ciało i umysł.
By zrobić coś co sprawia wysiłek, budzi lęk.
Jest poza
poza naszym wyobrażeniem o nas samych, poza tym co oswojone, bezpieczne, bezwysiłkowe.


a
Bezwysiłkowość to droga donikąd.
To nie życie, to wegetacja,
to uzależnienie.

Może dlatego tak inspirujące są wyprawy w wysokie góry, do dżungli, czy sporty ekstremalne.
Wymagają walki, wysiłku, koncentracji.

Nie wiem jak wam, ale mi ich brakuje w codziennym życiu.
Gdybym miała codziennie tę wolę, odwagę, siłę i determinację...
Czy byłoby dla mnie coś niemożliwego?

Czy tkwiłabym bezradnie, bojąc się zrobić ważny krok?
Czy robiłabym z każdego pomylenia trasy, z każdej napotkanej ściany nie do przejścia,
z każdego potknięcia dramat i powód, by w siebie wątpić?


Nienawidzę dyscypliny.

Więc znowu olałam taniec i jogę i rower, moje ciało jest słabe,
przybrałam na wadze, znowu mam bałagan i śpię do popołudnia bojąc się zacząć dzień.

Idę na totalną łatwiznę.
Net. Filmy. Jedzenie. W weekendy alkohol.
Zero wysiłku.

I zero efektu.

Poza jednym cudem, bo raz cały wieczór podążając za własną pijaną bezrefleksyjnością wyszłam z domu bez celu, pozwalałam innym decydowac za siebie i następnego dnia obudziłam się w jednym łóżku z moim wymarzonym K.

I to mnie przeraża, że być może to mi się wydaje normalne- właściwe.
Że tak powinno być w życiu.
Lezę gdzieś bez celu i pomysłu i kończę w miejscu, gdzie same spełniają się niewypowiedziane życzenia.

Bo podobno jednak błędem jest myśleć, że biernie czekając można osiągnąć szczęście.
Nawet jeśli się jest kobietą.
Komentuj [1]


a mi to wisi @ 2011-08-24 01:41

Ja chyba nie mam w tym kraju z kim się kłócić.

Kwestie wiary mam w dupie.
Jak ktoś chodzi do kościoła- niech chodzi. Nie, to nie. Póki mnie nie nawraca, jest ok. Jak probuje, to jestem asertywna.

Nie chce głosować ani na PiS ani na PO, bo nie widzę między nimi różnic w programach. Z resztą żada z partii nie oddaje mojego światopoglądu, więc na wyborach regularnie oddaję puste kartki.

Kwestia zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej też mnie nie rusza, bo jak będę chciała usunąć, to i tak będę musiała jechać za granicę.
Z resztą używam antykoncepcji.

In vitro też mi jest z grubsza obojętne, bo nie chcę mieć dzieci.
Choć sądzę, że lepsze in vitro, niż GMO, przeciwko któremu nikt się nie specjalnie u nas nie buntuje.

Jestem za związkami partnerskimi, chociaż nie pójdę w ich sprawie na barykady, bo w sumie związki, jako takie też mam w dupie.

Jestem feministką, ale szkoda mi energii na publiczne walki. Realizuje swoje poglądy w życiu prywatnym.

Nic nie mam do tutejszych ludzi. Jedni są fani i mądrzy, inni nie, jak wszędzie.
Gdy widzę, że ktoś jest argumentoodporny i trzyma się swoich racji kurczowo, to nie widzę sensu z nim debatować.

Pogadam co najwyżej o pogodzie.
Choć w sumie lubię jak pada.

A narzekanie mnie nudzi.


I wbrew pozorom- ciągle spotykam ludzi z którymi mam o czym pogadać :)
Komentuj [0]


yh @ 2011-08-15 18:15

Kocham go, naprawdę. Uświadomiłam to sobie dziś rano, patrząc na niego bez cienia całej tej zakochaniowej euforii, która zwykle kojarzyła mi się z tym uczuciem.
Uwielbiam go, jako człowieka. Jego powaga, nieśmiałość, szacunek z którym odnosi się do innych. To, że pozwala mi być sobą, że słucha z taką uwagą i empatią, że nie zapełnia swoim ego całej przestrzeni między nami.
A przy tym ma to błyskotliwie złośliwe poczucie humoru.
Nawet jego nieustający smutek biorę w komplecie, bez żadnych obiekcji i lęku, choć sama walczę z depresją.


Nauczyłam się, że "to nic nie znaczy".
Dzwonienie do mnie w nocy.
Komplementy, spojrzenia,
chodzenie za mną.
Obejmowanie mnie po pijaku.
Nocne spacery i rozmowy do świtu.
Te prowokowane przypadki, jak
zabieranie mi szalika by był pretekst spotkania,
czy udawanie, że najwygodniej, bym nocowała u niego, choć mam blisko do domu...

A jednak przeżywam je mocno za każdym razem, jakbym się chciała naprzeżywać na zapas. Bo wiem, że to za każdym razem przypadkowy prezent od losu.

Pamiętam, jak Łysy którejś nocy, gdy zasypiałam przytulona do niego po upojnym seksie powiedział, że ta chwila- ze mną w ramionach- warta jest więcej niż najlepsze wakacje, bez względu na to, czy jutro będziemy razem czy nie.
I tu go rozumiem.
Mam kolekcję chwil.
Po co się dręczyć wizjami przyszłości, bądź jej braku.
Przyszłość to hipoteza.
A chwile są realne.

Ale ta scena z Łysym uświadamia mi jeszcze jedno. To, że seks był świetny, że gadaliśmy do świtu, że przytulałam się do niego mocno i szeptałam do ucha wiele miłych słów... ale nie oddałabym za tamtą chwilę, choć byłam jej świadomym uczestnikiem- nawet tego ostatniego miesiąca.
Było niezaprzeczalnie miło. Ale gdyby nie te słowa- nie pamiętałabym tej nocy.
A pamiętam doskonale każdą- przegadaną ze Smętnym, choć nigdy nawet mnie nie pocałował.

I żyję zupełnie niepotrzebną iluzją, że skoro ja odczułam to tak supermocno, to on też musiał.
Otóż- nie musiał.

I nie musi.
W zasadzie to może mi zazdrościć.
Przeżyłam pewnie znacznie bardziej niesamowitą noc niż on.
W tym samym miejscu, w tym samym czasie.
Komentuj [0]


harmonia @ 2011-08-01 22:10

Spędziłam weekend- gotując i piekąc ciasta, spacerując boso po trawie, kąpiąc się w wannie z widokiem na ogród, wybierając sobie nowe perfumy i jedząc.
Pozwoliło mi to sobie przypomnieć, że posiadam ciało i pięć zmysłów, że nie jestem tylko wirtualnym abstrakcyjnym "intelektualnym" bytem.
Czułam się jak kobieta pierwotna, czy wręcz- szamanka, mieszając w kotle z jedzeniem, wsypując doń zerwane w ogrodzie zioła, wabiąc ludzi do kuchni zapachem pieczonego ciasta, a potem siedząc na trawie, albo na drewnianej podłodze, przy świecach, snując różne magiczne opowieści.

Muszę skończyć z tym bezsensownym ascetyzmem, z absurdalną brutalnością względem samej siebie.
Zacząć słuchać własnego ciała, zatrzymanych w nim emocji.
Muszę być dla siebie lepsza.
Bardziej uważna, bardziej cierpliwa.

A on, on, Jeśli chce, niech przyjdzie.
Ale nie będę już sobie więcej nic obiecywać.
Wyczekiwać, marzyć, nasłuchiwać.

Zajmę się sobą, swoim życiem, swoimi pomysłami, marzeniami.

Muszę nauczyć się pamiętać, że jestem wartościowym człowiekiem, który nie potrzebuje kogoś, kto by go "uzupełnił".
Mam wiele do dania. Ale nie będę tego nikomu wciskać na siłę.

Radość, otwartość, życzliwość, ciepło. Spokój.
Ta właśnie- odzyskana- harmonia.
Komentuj [0]


partyzantka antydołowa ;) @ 2011-07-26 00:40

Jezu, nie.
Nie mogę tak myśleć.

Trzeba lepiej poszukać drobiazgów, którmi można się cieszyć.
Nie tylko można- trzeba.

1. Dostałam dwa zaproszenia na rozmowy kwalifikacyjne dziś.
W tym jedną z miejsca, na które bardzo liczę.

2. Jakiś gość- reżyser, po obejrzeniu filmu na którym śpiewam po pijaku, zadał sobie trud odszukania mnie, by zaproponować mi udział w castingu do swojego filmu.
Chuj z tym, że nie chcę być aktorką. Faktem jest, że nawet pijana i fałszująca potwora może znaleźć amatora. Swoją drogą ten leżyser całkiem sexi ;)

3. Nastoletnia krewna z zagranicy, którą mi babcia dała do oprowadzenia po mieście, rozgłasza ponoć po rodzinie, że spędziła ze mną najlepszy dzień z całej tej wycieczki po kraju przodków. Podobno jestem mądra i piękna. Co więcej babcia obiecała zwrócić koszt kolacji, na którą ją zabrałam ;P

4. Marzena dzwoni co drugi dzień, by mnie zapraszać do siebie.

5. Hanka wygrała konkkurs pracą, którą wykonałam za nią.

6. Mój artykuł poszedł do druku, zaproponowali mi stałą współpracę (czasem się pracuje za pół darmo, ale linijka w cv z tego zacna ;)

7. Zombiak zaproponował mi wspólną wycieczkę na drugi koniec Polski. I prawi komplementy.

8. Dziewczyna Pałera dostała jedną z niewielu na jej roku piątkę za pracę, którą jej napisałam na kolanie.

9. Mam nowy, cudowny sprzęt.

10. Nie wiedzieć czemu zniknął mi cellulit, mam płaski brzuch, nieskazitelną cerę i w dodatku pierwszy raz od pięciu lat- długie włosy.

11. Za coś zrobionego z dobrego serca i w pełni charykatywnie dostałam niespodziewanie pięć stów.

12. Mam od tygodnia porządek.

13. Mam pomysł na kilka nowych, fajnych projektów.

14. Mam najlepsze od 20 lat relacje z rodzeństwem.

15. Ciekawy temat magisterki.



Kurde, wychodzi na to, że w gruncie rzeczy- dobrze jest, a ja jestem zwykłym, małym, marudnym dupotrójcą.

Muszę się ogranąć. Otrząsnąć. I opanować.

Zabrać się za jakiś nowy projekt.

A szczęście- zaproszone- powróci.

Musi ;)
Komentuj [1]


wracam do pisania, bo smutno @ 2011-07-25 23:40

Bez sensu bez bloga.
Gdy człowiekowi smutno i nie bardzo jest o tym do kogo ryja otworzyć.
W teorii- jest.
Gruby, Hanka, Marzena, Wieszak.
Z tym, że nikt nie może zastąpić mi Pięknej, a Piękna- odkąd się wyprowadziła, ma mnie całkowicie w dupie.
Jak choćby ostatnio- miała zadzwonić dwa dni temu i nic.
Moich telefonów nie odbiera.

Odezwały się nawet do mnie jej siostry. A ona- nie.
Niby wszystko jest okej.
Pierdole takie okej.

Ale jakoś z tym żyję- na codzień.
Nauczyłam się, że gdy straszne rzeczy łyka się po kawałku, to mniejsza jest szansa na to, że człowiek się udławi.
Gdy do pewnych rzeczy przyzwyczajamy się stopniowo, to możemy znieść znacznie więcej, niż nam się wydaje.
Po prostu- nie wszystko na raz.

Historia ze Smętnym skończyła się definitywnie, w chwili gdy usiłował mi wmówić, że nie pamięta naszego ostatniego spotkania, nie ma pojęcia co robi u niego mój szalik, ani skąd się wzieła ogromna ilość zdjęć nas- razem- w aparacie jego przyjaciela. Powiedziałam, że ja też nie pamiętam, bo co miałam zrobić, uśmiechnęłam się przyjaźnie i poszłam sobie w cholerę.
Potem spędziliśmy razem jeszcze jeden wieczór, z Wieszakiem i grupką nie-skatalogowanych przeze mnie na potrzeby tego bloga znajomych. Wygłupialiśmy się, robiliśmy śmieszne i dziwne rzeczy. Trzymałam się na dystans i starałam zachować zwykłą radość i żywotność. Na noc wróciłam do domu (choć wszyscy poza mną nocowali na miejscu). Następnego dnia nie przyszłam.

Nie wiem czy żałuję czy nie tego, że pozwoliłam sobie się w nim zakochać.
Jestem realistką, wiem, że bez niego nie umrę, że mogę- na codzień- być nawet dosyć szczęśliwa, mimo że nawet nie wiem gdzie on jest, co robi i tak dalej.
Ale czy to coś wniosło w moje życie?
Nie wiem.
Może- na moment, jakiś cudowny element magii, poezji, szaleństwa, radości i gwałtownych wyrzutów dopaminy. Cudowne momenty niespodziewanej bliskości, wiele rozmów, kilka ważnych pytań.
Nade wszystko pewność, że mogę- nadal- bardzo głęboko, bardzo mocno czuć, cieszyć się...

Przygnębia mnie w tym jednak ta uporczywa daremność, daremność wszystkich moich ostatnich działań.
To, że ogromna ilość moich starań, wysiłków, włożonego w różne sprawy serca i zaangażowania- idzie tak łatwo na marne.
Ginie w jakiejś nieokreślonej przestrzeni.
Taka bezcelowość, bezużyteczność, nieprzydatność tego, co we mnie takie mocne, silne, ważne.

Ostatnio coraz trudniej we mie obudzić dawny zapał, natychmiastową gotowość podjęcia się przenoszenia gór, bo gdzieś na dnie świadomości czai się przeczucie, że to z pewnością- znowu- pójdzie na marne.

To samo ma miejsce, jeśli idzie o pracę. Ciągle coś robię, nikt nie chce za to płacić. W jakiś trywialny sposób to się natychmiast przenosi na samoocenę.

Generalnie, to na większośći frontów odnoszę porażki.

Oczywiście staram się być twarda. Wstaje rano, pisze listy motywacyjne, wysyłam cefałki, chodzę na rozmowy, przygotowuję portfolio.
Co jakiś czas próbuję dodzwonić się do Pięknej.
Trzymam się diety.
Opiekuję się 80-letnim wujkiem i 90-letnią sąsiadką.
Pomagam mamie w pracy i trzymam kciuki za dobry wynik jej badań (ma być jutro).
Plotkuję z Hanką, Marzeną i Wieszakiem.
Oglądam filmy, robię zakupy i chodzę na spacery i imprezy z Grubym.
Trenuję jogę (doskonale robi na równowagę, także psychiczną).

Staram się nie koncentorwać na porażkach.
Nie rozklejam się, nie panikuję.
Wysypiam się.

Nie do końca wierzę w to, że będzie lepiej.
Mocno jednak wierzę w to, że z tym można żyć.

Powoli przyzwyczajam się do myśli, że mój świat się zmienił, że ja się zmieniłam i nie ma już powrotu do tego, co było.
Komentuj [0]


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]